Stan zanurzenia się

Już w starożytnej Grecji pojmowano wzniosłe uczucia jako boski podarunek. Podobnie zapatrywały się na to niektóre stare kultu­ry Orientu. Mistycy prawie wszystkich religii eksperymentowali z technikami umożliwiającymi im doświadczanie tego świadomie. Metody, jakie stosowali, bazują na podobnych mechanizmach. Głównie na uczuciu przyjemności odczuwanej podczas intensyw­nego patrzenia lub koncentracji na jakiejś czynności. Medytacja na przykład jest sterowanym postrzeganiem, kiedy zapomina się o sobie i dociera do uczuć euforii.

I nie jest ważne, czy to mnich zen liczy swoje oddechy, jogin recytuje mantry, czy chrześcijanin zatapia się w modlitwie – za­wsze jest tak, że osoba medytująca kieruje swoje postrzeganie na pewien zewnętrzny lub wewnętrzny ?punkt”. Tym sposobem zaj­muje swój mózg i nie dopuszcza, aby myśli zostały zaprzątnięte codziennymi zmartwieniami. Uspokaja umysł i odpręża ciało.

Wymiernych skutków medytacji dowiedli przed trzydziestu laty neurolodzy Robert Benson i Herbert Wallace z Uniwersytetu Harvarda i od tego czasu liczne badania to potwierdziły. Pod­czas wyciszania myśli rozluźniają się mięśnie, mózg pracuje w spokojnym rytmie fal alfa, zmniejsza się zużycie tlenu, obniża ciśnienie krwi i częstotliwość pulsu. Jednocześnie we krwi krąży mniej hormonów stresu, co mogłoby oznaczać, że regularna me­dytacja może nawet wzmocnić system odpornościowy. Jak widać, podczas medytacji cały organizm przechodzi w bardziej zrów­noważony stan, który mózg interpretuje jako pozbawiony lęku, zrelaksowany i przyjemny.

Co prawda nie każdy potrafi siedzieć nieruchomo, ale sądząc z opisów osób, które regularnie medytują, opłaca się. Gdy tylko uspokoją swoje myśli, odczuwają coś w rodzaju dyskretnej rado­ści. Nawet tylko to może być nadzwyczaj przyjemne, choć wielo­letni praktycy medytacji opowiadają o czymś więcej. Już nie tylko o skutkach zupełnego rozluźnienia, ale i o chwilach niebiańskiego zachwytu. Kto zanurza się coraz głębiej, coraz mniej zauważa swo­je Ja. Zanika wtedy poczucie przestrzeni i czasu, stapiamy się z ca­łym wszechświatem. Michael Baime, który na Uniwersytecie Pensylwania w Filadelfii, kieruje badaniami nad stresem i od trzy­dziestu lat ćwiczy się w medytacji buddyjskiej, tak opisuje tę chwi­lę: ?Było to uczucie energii, która miała we mnie swoje centrum, wypływała w nieskończoną przestrzeń i znowu powracała. Mój umysł odprężył się, a ja odczuwałem intensywną miłość, (…) jasność i radość. Łączność ze wszystkim na świecie, którą czułem, była tak głęboka, jakby nigdy nie istniało żadne rozdzielenie”.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.